Krótka historia jednej depresji

3 udostępnień
1
0
2

Bardzo długo wahałam się przed tym postem i w dalszym ciągu trochę głupio mi się tutaj tak prywatnie obnażać. Myślę sobie, że pewnie nikogo to i tak nie zainteresuje. Ale potem coś pcha mnie jednak w tym kierunku i stuka za mnie na klawiaturze. Głęboko przecież wierzę w leczniczą moc osobistych historii, więc może ma to jednak sens. Może przyniesie Ci odrobinę ukojenia. Może podniesie na duchu. Może trochę przestrzeże na przyszłość i zmotywuje to jakichś profilaktycznych czynów. Być może trochę raźniej się poczujesz, bo przecież w depresji czujemy się tacy samotni, jakby cały świat jakoś sobie radził, tylko nas to życie przerasta. Takie jedno Twoje “może”, to dla mnie już bardzo wiele.


Zawsze jakoś tak wychodzi, że wszystko mi się w życiu strasznie dłuży. Pamiętam, jak kiedy robiłam rebranding Cosmic Pantry, mówiłam co spotkanie dziewczynom z mojej mastemindowej grupy “Już za chwilę powinno być gotowe”, “Już w przyszłym miesiącu skończę”, “Czekam jeszcze tylko na x i zaraz startuję!”. I tak co miesiąc. Przez wiele miesięcy. Tak samo było w przypadku Miamiko, bo kiedy na początku sierpnia opublikowałam na swoim Instagramie zdjęcie, żegnając się z firmą, tylko bliscy wiedzieli że trwało to już od lutego/marca. A finalne odejście, takie oficjalne – z podpisanymi papierami i wyczyszczonymi sprawami jeszcze przede mną, gdzieś tam hen w listopadzie? grudniu? Albo w moim ulubionym, “kolejnym” miesiącu.

Może trochę więcej z Was wie, że Miamiko to bardziej osobista historia niż się niejednemu może wydawać. Biznes z życiowym partnerem to nie jest łatwa historia, a jeszcze ciężej się robi jak trzeba się rozstać prywatnie. Założyliśmy tę firmę z moim ówczesnym chłopakiem, kiedy chodziłam jeszcze do liceum. Pisałam maturę, kiedy oficjalnie otwieraliśmy sklep internetowy. To była nasza wielka pasja, nawet ciężko tu opisać jak bardzo tym żyliśmy.

Nieco ponad rok temu pękło mi serduszko. Tak mocno i z przytupem. Z odżałowanymi znajomościami, zdradami, kłamstwami, mnóstwem powrotów, ponownych rozstań, kłótni i z jedną, stusiedemdziesięciocentymetrową kupką nieszczęścia. Po tym rozstaniu byłam cieniem człowieka. Nigdy nie czułam się bardziej bezbronna, niepewna, zakompleksiona i zalękniona jak wtedy, po prawie ośmiu, przeżytych razem latach. I to się przekładało na wszystkie sfery mojego życia. Pamiętam, jak kiedyś zadzwoniła do mnie Karolina Cwalina, po tym jak grzecznie odmówiłam jej udziału w nowej (swoją drogą super!) platformie Her Impact, zasłaniając się brakiem czasu. Karola zapytała wtedy “Ola, co się dzieje?”, a we mnie coś pękło, bo być może był to pierwszy moment w którym zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest ze mną źle. Poryczałam się oczywiście w tamtej chwili i płaczę też teraz, jak o tym piszę.

Różnych rzeczy łapałam się od rozstania, żeby było mi lepiej. Dużo jadłam, więcej imprezowałam, rzucałam się w pracę i spałam. Matko, ile ja wtedy spałam! Wszystko, byle tylko oderwać się trochę od tego, co tam cicho sobie zawodziło, gdzieś głęboko we mnie. Na początku także uporczywie odpychałam od siebie myśl, że to wpłynie jakkolwiek na moją sytuację zawodową. Przecież się z byłym lubimy, więc na pewno się w pracy dogadamy. No jednak nie. Podświadomie wiedziałam wtedy, że nie udźwignę jeszcze jednej tak drastycznej zmiany w moim życiu, w tak bliskiej odległości od rozstania i przeprowadzki. Nie kopie się leżącego kochani i dzięki bogu ja wtedy o tym pamiętałam.

Trochę się już później ustabilizowałam i było nawet ok, z zewnątrz można by pewnie powiedzieć że dobrze sobie radzę. Ale coś we mnie siedziało, co nie dawało spokoju. Do tego życie leciało dalej, a niektórzy szybko próbowali ułożyć je sobie z kimś(kolwiek) innym. Przykre i bardzo męczące było patrzeć na to w czasie pracy, szczególnie komuś, kto nie radzi sobie najlepiej z tematem granic. Mam nadzieję, że nadążacie jeszcze za mną w tej historii, czy już Was zgubiłam?

Przyszedł taki moment, że dosyć miałam już widoku tych amorów w postaci wyciągów z kont, ostatnich połączeń na ekranie służbowego samochodu, sprezentowanych mat nowopoznanym koleżankom, czy opowieści z kolejnych randek. Powiedziałam sobie “Koniec, nie wytrzymam tego dłużej” i podjęłam decyzję o odejściu z firmy. I wtedy zaczęła się papierologia, jednak ja poczułam coś na kształt ulgi, ale przykryte to były toną lęku, żalu i smutku. Takiego głębokiego smutku, bo dokładałam właśnie kolejną cegiełkę do listy moich strat i żałób ostatniego czasu.

Wszystko niby szło ku lepszemu, ale kurczę jednak nie do końca. Ciężko to opisać, bo to takie uczucie jakby wszystko na pozór wydawało się w porządku, innym może nawet że super, Wy może momentami też w to wierzycie, ale coś pod tą skórą swędzi. No swędzi i nie chce przestać!

Był jeszcze jeden ważny punkt tej opowieści, mianowicie ostatnia próba. Ostatni wątły zew przyzwyczajenia, czyli pomysł drugiej strony, żeby może jeszcze spróbować do siebie wrócić. Ciężki i przełomowy to był moment dla mnie, bo pierwszy raz naprawdę poczułam w sobie, że już nie chcę. Ale tak wiecie, naprawdę, a nie że tylko tak mówię. Ja to kurczę czułam całą sobą. Eureka! Ale co teraz? Po krótkiej dumie, że się tak daleko zaszło w tym swoim osobistym procesie i małej euforii, że to już koniec tej mozolnej drogi – PUSTKA. Pisana właśnie dużymi literami, głęboka dziura nicości.

I teraz nastąpiło zdezorientowanie, bo skoro mentalnie mam to już za sobą, to dlaczego od dwóch tygodni nie mogę wstać z łóżka? Leżę cały dzień z tą pustką w sobie i tylko gapię się w sufit. Czekam jak na rzęsach, aż znajomi powracają z podróży, żeby tylko mieć powód, aby się umyć. Sama najdalej dojdę do sklepu, ale tylko wieczorem, po całym dniu walki ze sobą, żeby w ogóle wstać. Praca? Zapomnij!

Szukałam wtedy na kobiecej grupie Blimsien porad. Radziłam się dziewczyn, jak mogę jeszcze lepiej zadbać o siebie po takich życiowych zmianach. Bo terapia już jest, joga niby też była, masa przeczytanych książek, medytacja, różne inne metody. Także nie wiem, może w ciele coś jeszcze zostało? Albo jest ktoś, kto mi tę pustkę i drapanie pod metaforyczną skórą zniweluje? Jedna z nich zaproponowała rozluźnianie powięziowo-mięśniowe. Jeden wywiad mnie kupił i udało się umówić na następny dzień.

Dwie godziny masażu i 400 zł póżniej leżałam zapłakana na stole w bardzo eleganckim mieszkaniu na Woli. Płakałam już ze wszystkiego – i z emocji, które Mauritzio uwalniał mi podczas terapii i z bólu, bo były to w cholerę bolesne dwie godziny!

Muszę jednak przyznać, że dużo ciekawych rzeczy się tam dowiedziałam i zafascynowała mnie ta metoda pracy z ciałem. Z chęcią powtórzę kiedyś tę bolesną przyjemność. Teraz jednak, mam taki zgrzyt – gdybym wtedy wiedziała, czym jest to “podskórne drapanie” pewnie odradziłabym sobie pójście, wiedząc jak je to spotęguje, ale z drugiej strony gdyby nie ten masaż nigdy bym się tego nie dowiedziała i nie byłabym teraz tu gdzie jestem, na górze.

Kiedy Mauritzio mówił mi na pożegnanie, żebym przyjęła wszystkie emocje i stany, które będą do mnie jutro przychodzić, jako następstwo pracy którą wykonaliśmy na stole do masażu, nie spodziewałam się z czym przyjdzie mi się przywitać.

Ten moment już średnio pamiętam, ale tuż po masażu, na spacerze z kolegą zobaczyłam jedną relacje z wakacji w Brzozówce. Niewiele mi wtedy było trzeba. Od kilku tygodni zanosiło się na jakiś moment kulminacyjny, rozluźnianie powięzi nieco to wszystko przyśpieszyło i hej! Zdmuchnęło mnie. Pędem do łóżka, bo tutaj najbezpieczniej. Później wiadomość od przyjaciółki – “Ola martwię się, nie myślałaś, że może masz depresję?”.

Czy ja o tym nie myślałam? Nie. Ja usilnie starałam się o tym nie myśleć. Ja robiłam wszystko, żeby tylko nie dopuścić tego głosu z głębi, który już od ponad roku szeptał mi, że to jest depresja. Strasznie się w tamtym momencie przeraziłam, bo pomyślałam – super, depresja – kolejna, rzecz z jaką będę się musiała uporać. Co jeszcze mnie spotka? Jak niżej jeszcze upadnę? Moja terapeutka akurat była na dłuższym urlopie, ale miałam ogromne wsparcie w przyjaciółce, która nieco mnie uspokoiła. Następnego dnia miałam już wizytę u psychiatry. Jeszcze tylko szybki sms do mamy, że chyba mam depresję i jutro się okaże.

Cały dzień przygotowywałam się do tej wizyty. Ale nie merytorycznie. Myślałam, że będę mogła wypłakać się na zapas. Tak, żebym mogła wykrztusić z siebie cokolwiek, jak już do niej dojdzie. Spoiler: nie udało się. Jak tylko pani zapytała mnie z czym do niej przychodzę, udało mi się szybko, na wydechu powiedzieć, że chyba mam depresję, ale przy pytaniu, jak się czuję już pękłam. Nie wiem, ile czasu minęło, ale pani bardzo długo siedziała w milczeniu i czekała aż przestanę płakać. Nie mogłam przestać – o tak się właśnie czuję. Już do końca wizyty odpowiadałam tylko kiwaniem głową i pojedynczymi słowami. Pani potwierdziła przypuszczenia i przepisała leki.

Ulżyło mi. Bardzo męczące jest udawanie, że wszystko jest okej. Dałam sobie wtedy przyzwolenie, żeby puścić to wszystko. Jest jak jest, gorzej nie będzie. W mojej głowie widziałam to tak, że dotknęłam jakiegoś dna, od którego droga już tylko w górę. Wtedy ciało zrobiło się ciężkie jak smoła, siły praktycznie się wyzerowały i to było okej, pozwoliłam sobie na to.

Mama przyjeżdżała do mnie codziennie. Pomóc mi w zwykłych czynnościach domowych takich jak mycie, sprzątanie, gotowanie. Oraz, co szybko odkryłam, że było wtedy dla mnie najważniejsze, żeby po prostu przy mnie poleżeć. Pobyć ze mną, bez żadnej okazji i pośpiechu. Pokazałam wtedy mamie wszystkie sezony “Pracujących mam”, fajnie było. Ostatnio, kiedy wspomniałam jej o tych chwilach, powiedziała że chce jej się płakać na samo wspomnienie. Mówi, że to był najgorszy widok w jej życiu i nie życzy go żadnej matce. Mi też lecą teraz łzy, kiedy piszę o pierwszych dniach po diagnozie.

Leki zaczęły działać po kilku tygodniach, a ja wracałam do siebie. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że same leki nie są odpowiedzią, ale czasem są koniecznością żeby mieć w ogóle siłę tej odpowiedzi szukać. Ja już znalazłam, ale przed tym musiałam dotknąć tego przysłowiowego dna.

Dzisiaj jestem bardzo wdzięczna za wszystko, co przeszłam i widzę to jako ogromną lekcję dla siebie. Od tamtego czasu odbudowałam się na nowo. Nawet solidniej niż wcześniej! Bo wiem, że buduję teraz na głębokim fundamencie, a nie na ruchomym piasku.

Oczami wyobraźni widzę to tak, że dotknęłam czegoś głęboko skrywanego w sobie. Czegoś ciemnego, okropnie smutnego i bardzo skrzętnie zakopanego. A to, co już dotknięte i co ujrzało światło dzienne, nie jest już takie straszne. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Jeśli jakimś cudem dobrnąłeś do końca tej opowieści, dziękuję Ci z całego serca. Tulę Cię mocno i mówię – trzymaj się, będzie dobrze!

3 udostępnień
3 komentarze
  1. Ola, dziękuję za to, że mogłam usłyszeć swoją historię. Wiedz, że to, że zdecydowałaś się nią teraz podzielić, jest umacniające dla osób przeżywających teraz podobne stany, co Ty kiedyś. Myślę, że wbrew pozorom nie jest ich mało i są bliżej nas niż sami myślimy. Podziwiam Twoją odwagę, by walczyć o siebie i dziękuję za przywrócenie nadziei, że może być lepiej, jeśli tylko sami tego chcemy i odważymy się otworzyć przed innymi z tym, z czym się zmagamy, a czego na co dzień nie widać. Trzymaj się mocno! Z radością będę śledzić Twój nowy blogowy projekt. Mary

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przeczytaj również